Życie to jakiś Matrix

Nie wiem czy macie tak samo, ale odkąd jestem mamą (a nie mówiąc już o tym, że mamą dwójki dzieci) mam wrażenie, że życie to jakiś Matrix. Przez ostatnie kilka dni nie pisałam nic na blogu, bo żyję zawieszona w jakiejś dziwnej czasoprzestrzeni…

Najpierw nie wiadomo jak i skąd Amelka rozcięła sobie wargę o krzesła – tak, tak, pierwszy raz polała się krew, a warga puchła mi w oczach. Niby Amelka stała grzecznie w kuchni przy krześle, naglę słyszę ryk i Amelka leży na podłodze. Jak zwykle podchodzę, żeby wziąć na ręce, ukochać, ucałować. Mija kilka chwil, płacz nie ustępuję, więc dla spokoju sumienia chciała zobaczyć, czy wszystko w porządku. Oglądam nosek, brodę wszystko ok, ale nagle zaglądam do buzi a tam krew i warga zaczyna mi rosnąć w oczach…lecę do lodówki, sięgam z zamrażalnika co pod ręką (udko kurczaka) zawijam w ścierkę i staram się przyłożyć, ale oczywiście nie jest to takie proste jakby się wydawało, bo Amelka wykręca się niemiłosiernie… Jak sytuacja płaczu została opanowana z wielkim strachem zaglądam do buzi, bo już widziałam oczyma wyobraźni brak zębów… na szczęście skończyło się tylko na rozciętej wardze. W ramach „leczenia” dawałam Amelce trochę lodów do zjedzenia w taki sposób by schładzać wargę. Oczywiście co się nasłuchałam, że takiemu maluchowi lody daję to moje 😉 jednak intuicja podpowiadała mi, że dobrze robię i tak 2 dni po zdarzeniu śladu wypadku nie było :))) Pomyślałam ufff – teraz już z górki, jednak nic bardziej mylnego…

Dzisiaj w nocy przed trzecią budzi mnie radosne „Mamoooooo, mamooooo” – Amelka woła głosem skowronka. Ja jej trochę pocichałam i nagle słyszę „Mamoooooooo, tatoooooo”. No nic – trzeba wstać – pomyślałam. Po omacku szukam po ciemku Amelki w łóżeczku nagle ją znajduję, a ona rozpalona jak piec węglowy. Jednak dalej do mnie radośnie zagaduje. Mierzę temperaturę, a tam ponad 39 stopni…świetnie myślę. Dałam nurofen, zaniosłam ją do łóżka i poszłam szykować chłodne okłady. Oczywiście Amelka nie zgodziła się na schładzanie, więc co chwilę było podawanie picia, mierzenie temperatury, w między czasie karmienie Tosi i tak czas zleciał do 5tej rano. Gorączka spadła, więc mogłam pójść spać. Przed 8mą znów czuję, że ciepła więc mierzę temperaturę, a tam ponad 38stopni…i niby wszystko w porządku, ale teraz po południu już odmawia jedzenia i teraz nie wiem co to jest. Albo się wczoraj przegrzała w samochodzie, bo jechaliśmy na urodziny jej siostry ciotecznej, albo trójki, które już czają się pod powierzchnią dziąseł dają o sobie znać, albo nie daj boże jakiś wirus… na razie humor dopisuje, więc się nie martwię, a co będzie dalej to się okaże…

matrix

Nie ma jeszcze komentarzy

Pozostaw komentarz