Szkarlatyna, objawy i ważne uwagi

Ponieważ to było nasze pierwsze spotkanie ze szkarlatyna i kilka rzeczy mocno mnie w trakcie diagnozy choroby zaskoczyło postanowiłam się z Wami podzielić tymi ciekawostkami. Być może dzięki temu, komuś z Was będzie łatwiej uchronić/zdiagnozować/leczyć dziecko, bo u nas historia nie była taka oczywista.

Czas leci jak oszalały, wydawało mi się, iż ostatni post pisałam kilka dni temu a tu już minęło 8 dni. jednak jak to ostatnio u nas było to 8 trudnych dni. Teoretycznie koło środy Zosia i Tosia były już całkiem zdrowe, jednak do końca tygodnia miały zostać, by trochę zregenerować organizm po ostatniej walce z wirusem (początki historii możesz poznać TUTAJ ). Niemniej jednak w sobotę na wieczór Tosia dostała gorączki 39,5, a Zosia zaczęła kasłać. Pierwsza moja myśl była taka, ze dziewczynki po prostu wymieniły się wirusami. Jednak ponieważ gorączka nie mijała w poniedziałek poszłyśmy do lekarza, który potwierdził infekcję wirusową. Jednak siedząc u lekarza zauważyłam u Tosi drobną wysypkę na szyi… ale ponieważ było jej bardzo niewiele pierwsza myśl była taka, ze to pewnie od szalika, Pani doktor też nie podchwyciła tematu, więc zostało nam leczenie objawowe.

Gorączka nie ustępowała i średnio co 3-4 godziny rosła do ponad 39 stopni. Ilość sposobów, które próbowałam by zbić gorączkę na pewno doczeka się kolejnego postu (chcecie?). W poniedziałek rano wysypka – taka sama co na szyi- pojawiła się też na dłoniach, tułowiu i na policzkach. Pierwsza myśl – szkarlatyna.

wysypka na dłoni

 

wysypka na tułowi

W związku z tym, mimo iż w sezonie chorobowym nie jest to proste, wywalczyłam wizytę u lekarza. Pani doktor po zbadaniu Tosi powiedziała, ze też podejrzewa płonnicę i zleciła szybki test na paciorkowce, który miał potwierdzić tę teorię. W związku z tym udałyśmy się do gabinetu zabiegowego w celu wykonania testu. Jeszcze wtedy nie wiedziałam na czym on polega i czego się spodziewać. Tosia usiadła mi na kolanach, Pani pielęgniarka ewidentnie była niezadowolona, ze przeszkodziłyśmy jej w buszowaniu po telefonie i z obrażoną miną pobrała wymaz z policzka Tosi. Po 10 minutach był wynik – ujemny! Trochę to zbiło z tropu zarówno Panią doktor jak i mnie i wyszłyśmy z niczym tz. miałyśmy kontynuować leczenie objawowe (czyt. zbijanie gorączki) i w razie gdyby się przez noc utrzymywała wykonać morfologię. Na samą myśl, iż wymęczonemu przez gorączkę dziecku mam wykonać badanie krwi zrobiło mi się słabo, bo wiedziałam, że nie będzie to proste i na pewno bez problemu się to nie uda. Ostatnią deską ratunku była wizyta u zaufanej Pani doktor, którą miałyśmy umówione na następny dzień rano. Ponieważ Tosia znów całą noc gorączkowała, a ja przy niej czuwałam by zwalczyć senność zaczęłam więcej czytać o wykonanym wcześniej teście. I co się okazało?! testu Strep A ABSOLUTNIE nie można pobierać z policzka! W związku z tym nie dość, ze musiałam zapłacić za niego 46zł, a normalnie ponoć w innych przychodniach kosztuje on około 25zł („bardzo dziękuję” LuxMed’owi a to i tak była cena z 15% rabatem) to jeszcze został on źle wykonany i spowodował, że Tosia dostała antybiotyk dużo później, niż by mogła.

Oczywiście nasza Pani doktor jak tylko zobaczyła Tosi wysypkę, już o gardle nie wspominając od razu zdiagnozowała szkarlatynę i zleciła stosowne leczenie. Niestety z gorączką walczyłyśmy jeszcze przez kolejne 2 dni, i dopiero po 4 dawce antybiotyku zauważyłam znaczącą poprawę. Standardowo leczenie antybiotykiem trwa 10 dni i nie należny go skracać, nawet jak objawy miną, gdyż szkarlatyna bardzo lubi uszkadzać nerki i stawy. Stąd też po leczeniu warto wykonać dodatkowe badania moczu i krwi (ASO) by mieć pewność, że w organizmie naszym, czy naszego dziecka nie spowodowała żadnych spustoszeń.

Sławetny dla szkarlatyny malinowy język nie był u nas tak malinowy jak go sobie wyobrażałam 😉 niemniej jednak kubki smakowe były powiększone i tym samym język bardziej przypominał mi strukturę truskawki z jej małymi pesteczkami 😉

Jeszcze jedną ciekawostką jest to, iż szkarlatyna często zaczyna się od zapalenia spojówek (przecież tak było u Tosi) lub zapalenia ucha.

Oczywiście okropnie się bałam by od Tosi nie zaraziła się reszta dziewczynek. Niemniej jednak mi się to udało, w jaki sposób?

  1. Nasza Pani doktor powiedziała, że jednym z ważnych czynników było to, że dziewczynki nie śpią w jednym pokoju (na szczęście u nas o to nie było trudno, gdyż każda z dziewczynek śpi  w swoim pokoju, a Tosia z racji gorączki spała z nami).
  2. Często dziewczynki goniłam do mycia rąk i mimo, iż zazwyczaj staram się nie używać mydła antybakteryjnego – chyba, że po powrocie z dworu – to właśnie takie na ten czas zawitało u nas na codzień.
  3. żeby uniknąć pomyłek, że ktoś napił się z kubka Tosi, Tosia miała swoją butelkę z dzióbkiem podpisaną czarnym markerem by nawet Zosia nie miała problemu z rozpoznaniem ,która to zakazana butelka 😉
  4. Dziewczynki profilaktycznie dostawały w większych dawkach witaminę C i D, czarny bez, echinacee i oscillococcinum.
  5. Korzystając z mroźnej pogody codziennie przez kilka godzin wietrzyłam wszystkie pościele
  6. A na czas choroby zawitał u nas na kilka dni uwielbiany przez moje dziewczyny rosół, dłuuuugoo gotowany i esencjonalny (i w sumie była to jedyna rzecz, którą Tosia chciała jeść)

Nie wiem co dokładnie zadziałało, czy jakiś jeden punkt, czy wszystko razem, grunt, ze zadziałało – Tosia zdrowieje, a reszta się nie zaraziła, mimo, iż w środę wieczorem, Amelka ku mojemu przerażeniu dostała zapalenia spojówek (sic!) i bóli brzucha, a od tego wszystko się zaczęło u Tosi… niemniej jednak zostanie 2 dni w domu i mamine leczenie przyniosły dobry efekt.

Jak to mówią człowiek uczy się na błędach i mam nadzieję, że tym razem i na naszych ktoś się coś ciekawego dowie. Oczywiści powyższy wpis ma jedynie charakter informacyjny  i nie zastąpi profesjonalnej konsultacji medycznej.

 

 

Nie ma jeszcze komentarzy

Pozostaw komentarz