Sezon chorobowy – szpital domowy – jak przetrwać?

Ze względu na to, iż zimy w tym roku praktycznie nie było – a w związku z tym dużych mrozów również – wszystkie wirusy i choroby mają się idealnie. Moje dziewczynki uczęszczają do różnych placówek wychowawczych – a jak wiadomo w zbiorowiskach dzieci o infekcję nie trudno, jednak czegoś takiego to u nas dawno nie było…Zaczęło się w zeszłym tygodniu w nocy z soboty na niedzielę Zosia dostała temperatury prawie 40 stopni.

Potem było tylko gorzej…

Dzień wcześniej Tosia zaczęła brzydko kasłać, a w nocy miała stan podgorączkowy. Ze względu na skomplikowaną historię chorób uszu Zosi postanowiłam nie czekać i pojechałam w niedzielę rano z obiema dziewczynkami na dyżur pediatryczny. Spodziewałam się dużej ilości osób, ale takiego sajgonu to nie byłam sobie w stanie wyobrazić. Gdy dojechałyśmy do szpitala było przed nami 23 dzieci, gdy wychodziłyśmy ilość dzieci oczekujących wynosiła… 83!!! Cud boski, że my tam w poczekalni nie złapałyśmy jakiegoś nowego wirusa (a może i załapałyśmy…to się zaraz okaże…). Diagnoza lekarska na szczęście potwierdziła moje przypuszczenia, iż dziewczynki mają tylko infekcję wirusową, więc pozostaje nam powrót do domu i wspieranie organizmu w walce z chorobą. Tak też uczyniłyśmy. w domu w ruch poszły domowej roboty: syrop z mniszka lekarskiego, syrop z czarnego bzu, syrop z kwiatów bzu, syrop z pędów sosny i jeszcze kilka innych cudów z domowej apteczki (na które przepisy będę sukcesywnie umieszczała na blogu w momencie gdy będzie się zbliżał czas na ich przygotowanie 🙂 ) Jednak z biegiem czasu byłam coraz bardziej przekonana, że dziewczynki chorują owszem razem, ale ze względu na różne objawy to miałam wrażenie, że to dwa różne wirusy. Moją teorię potwierdziła kolejna Pani doktor do której udałyśmy się na kontrolę w środę, gdyż Zosi gorączka nie ustępowała. A właściwie ustąpiła tuż przed poranna wizytą u lekarza i z temperatury 39,9 spadła do 35, 1 Ech biedne moje dziecię było tak umęczone, że kolejne 2 dni na przemian spało, albo użerało się z pękającymi naczynkami w nosie co po długotrwałej gorączce niby bywa normalne :/ Najważniejsze, że pomału dochodziła do siebie. Tosia okazała się być prawie zdrowa poza podrażnioną śluzówką w gardle, która potrzebowała czasu by się zregenerować wszystko było w jak najlepszym porządku. W związku z tym by nie narażać Tosi na skupiska dzieci postanowiłam do końca tygodnia zostawić ją w domu i nie posyłać do przedszkola. W piątek wyglądała już na całkiem zdrową i nawet koło południa żałowałam, ze została w domu, chociaż jak patrzyłam jak ładnie się bawi z Zosią to zmieniłam zdanie 😉

Jedyny plus, ze chorowały razem to to, że im się nie nudziło 😉

Ponieważ obie doszły do formy, już oczyma wyobraźni wyobrażałam sobie poniedziałek, kiedy to w spokoju wypiję sobie herbatę i będę mogła w ciszy usiąść i popracować, a tymczasem… Dziewczynki postanowiły się wymienić wirusami! I tak Tosia od soboty wieczór ma gorączkę, a Zosia straszliwie kaszle… na domiar złego mimo mojej dumy, iż udało mi się Amelkę uchronić od zarażenia się od dziewczynek dziś wieczorem otrzymałam maila, że u Amelki w klasie dzieci chorują na… rumień zakaźny…także, tak… to chyba nie koniec naszego szpitala domowego. W związku z tym gdybym na dłuższy czas zniknęła i się tu nie pojawiała sprawdźcie proszę a) czy żyję b) czy nie wylądowałam w psychiatryku…

P.S. nie muszę dodawać, że ja sama od 3 tygodni próbuję postawić się na nogi i walczę z okropnie meczącym kaszlem?

Jednak w całej tej sytuacji miałam najbardziej nie zapomniane Walentynki ever… Jaki prezent mogła dostać Matka Polka, ale taki wymarzony, z którego cieszyła się jak dziecko?

Stawiam, ze nikt nie zgadnie, więc Wam podpowiem…

Stetoskop jak na Walentynki przystało jest czerwony i układa się w kształt serca 😉

Także trzymajcie za nas mocno kciuki, a my walczymy dalej i jak to się mówi…Byle do maja!

1Komentarz

Pozostaw komentarz